O autorze
Kiedyś historyk literatury i nauczyciel akademicki oraz wiceprezes Tesco w Polsce i członek zarządu Tesco w Europie Centralnej. W ciągłej podróży między kulturami i językami, raczej zaskakiwany ilością wspólnych mianowników niż różnic.

O wpływie wojny w Donbasie na tożsamość europejską.

Wojna ukraińska, na tyle daleka, że nie mamy jeszcze wyrzutów sumienia oglądając komedie romantyczne w TV, ale na tyle bliska, że w prywatne rozmowy wkrada się tematyka różnych przyszłych scenariuszy w przypadku, gdyby „Ruscy weszli”, spowodowała, że w Europie przyspieszył proces integracji. Instytucjonalnej, ale i tej najważniejszej - w świadomości Europejczyków, kim są ONI, a kim MY.

Rozmawiam z moim przyjacielem z Niemiec o wojnie ukraińskiej. Klaus-Dieter mówi, że „teraz my musimy mieć jasną linię wobec Moskwy, my powinniśmy wspomóc Ukrainę i uzbrojeniem i żywnością”. Tak sobie rozmawiamy i dopiero po jakimś czasie uświadamiam sobie, że jego MY oznacza Niemców, ale i Polaków, Francuzów czy Słowaków. Po prostu NAS Europejczyków. Ta wojna na tyle daleka, że nie mamy jeszcze wyrzutów sumienia oglądając komedie romantyczne w TV, ale na tyle bliska, że w prywatne rozmowy wkrada się tematyka różnych przyszłych scenariuszy, gdyby „Ruscy weszli”, spowodowała, że przyspieszył proces integracji. I to tej najważniejszej integracji - na poziomie obywateli i ich świadomości, kim są ONI i MY. Otóż po raz pierwszy doświadczyłem, że MY, którzy jeszcze niedawno byliśmy dla Niemców czy Francuzów ONI, staliśmy się dla nich MY. Wystarczy przejrzeć ostanie artykuły w europejskiej prasie, czy przeanalizować zdarzenia z ostatniego tygodnia - nominacja Donalda Tuska i szczyt NATO.



Nominacja Donalda Tuska i rezultaty szczytu NATO ujawniły, że dobiegające z Warszawy czy Tallina ostrzeżenia przed imperialną polityką Rosji, tak niechętnie przyjmowane przez oficjalną Brukselę do wiadomości, od początku ukraińskiego konfliktu były w centrum zainteresowania sztabów wojskowych i politycznych doradców. Milczenie i bagatelizowanie sytuacji przez oficjalne wypowiedzi przedstawicieli Unii Europejskiej czy NATO, gotowy jestem rozumieć jako przemyślaną decyzję. Kompleksowość sytuacji, brak solidnego, strategicznego rozpoznania kierunku nowej polityki rosyjskiej oraz (naiwna) nadzieja, że Putin może zrozumieć swoje błędy i się wycofać, to z pewnością powody tak długiego oczekiwania na politykę działań a nie słów. Nawet tragedia pasażerów malezyjskiego samolotu nie była w stanie wyzwolić jakiegoś dramatycznego zwrotu akcji ze strony Europy. Instytucjonalna Unia nie była jeszcze gotowa, ale wyraźnie można było zobaczyć, że my, Europejczycy, wszyscy byliśmy Holendrami z zestrzelonego samolotu.

Dzisiaj, po kilku miesiącach tajnych przygotowań i konsultacji, Unia i NATO gotowe są do przekazania spójnego komunikatu, który prezydent Obama uroczyście pieczętuje swoimi oratorskimi popisami w Warszawie czy, jak ostatnio, w Tallinnie. To już są bardzo mocne komunikaty, które nie dosyć, że są słyszalne w Moskwie, to z pewnością powodują gorączkowe przestawianie pionków na kremlowskiej szachownicy.

Donald Tusk jako szef wszystkich premierów rządów krajów członkowskich, to już nie ten sam zrozpaczony polski premier w Smoleńsku w 2010 czy premier szukający porozumienia i wspólnej chemii z Putinem w czasie spaceru na molo 1 września 2009. Dzisiejszy Tusk ma silne poparcie Europy i wyśmienite relacje z USA. A nowy prezydent Ukrainy w Tusku i w Polsce, jak nikt nigdy przed nim, widzi prawdziwe wsparcie w budowaniu relacji z nowoczesnym światem. Tak jak niedawno Niemcy były głównym ambasadorem Polski, my jesteśmy przewodnikiem Ukrainy przez korytarze brukselskiej biurokracji.

Gdy w 1993r ostatnie rosyjskie czołgi opuszczały Legnicę myślałem, że to koniec tej strasznej epoki i teraz może być tylko lepiej. Okazuje się po raz kolejny, że historia lubi się powtarzać. Dostrzegam jednak nowy element, którego nie było w Europie ani przed 1939 ani po 1945. 25 lat nowego społeczeństwa obywatelskiego w Polsce i w innych państwach Europy Środkowej oraz mocne instytucjonalne więzy zbudowane przez dziesięć lat naszego regionu w Unii Europejskiej zmieniły postrzeganie świata przez Europejczyków do tego stopnia, że definicja MY rozciąga się już od Tamizy do Bugu, a wojenne zagrożenie może tę budującą się europejską tożsamość jeszcze bardziej scementować.

Będę pamiętać, że polegli dwudziestolatkowie, gdzieś daleko pod Donieckiem, to Europejczycy, którzy stracili życie, aby przyszłe pokolenia Ukraińców mogli stać się obywatelami Unii Europejskiej. Szkoda, że dopiero ich ofiara powoduje, że zaczynamy myśleć realistycznie o zagrożeniach i budować nowe arsenały.

Si vis pacem, para bellum.
Trwa ładowanie komentarzy...