Kierunki humanistyczne - egalitarne czy elitarne?

Dyplomy części dzisiejszych szkół wyższych dają podobną satysfakcję jak zakupy w dyskontach. Są dostępne, niedaleko miejsca zamieszkania, zakupy są szybkie, sformatowane i względnie tanie. Z tym, że to co sprawdza się w handlu nie może sprawdzić się w akademickim rygorze zdobywania wiedzy. Ten proces musi być bolesny, tu nie ma mowy o żadnej przyjemności.

Musieliśmy czekać ponad ponad 25 lat, aby usłyszeć, że fantastycznie rosnący odsetek skolaryzacji na poziomie szkół wyższych staje się raczej problemem niż zaletą. Jarosław Gowin postulujący podniesienie poprzeczki studentom kierunków humanistycznych nie jest pierwszym nawołującym do opamiętania, ale może pierwszym, który będzie mógł skutecznie przeciwstawić się niekończącej się fali zalewającej humanistyczne kierunki na polskich uniwersytetach. Nie jest to problem tylko polski, ale prawdopodobnie w Polsce najboleśniej reprezentowany.

Case study: interview na stanowisko recepcjonistki/recepcjonisty w dużym korporacyjnym biurze, wymagania zawodowe: biegły pakiet MS Office, znajomość angielski na poziomie średnio-zaawansowanym, doświadczenie w prowadzeniu korespondencji, archiwizacji dokumentów, o osobowości nie wspomnę, bo jak tu ją opisać w ogłoszeniu, ale przecież na to patrzymy przede wszystkim, prawda? Tyle, nic więcej. I stos CV kandydatów i kandydatek. Po dwóch dniach przebijania się przez papiery, już wiemy, kogo nie chcemy zaprosić z grona anglistów, ale bez MS Office, archiwistów, ale bez angielskiego czy tłumaczy kabinowych z biegłym niemieckim. Przypominam – szukamy kogoś, kto potrafi powiedzieć po ANGIELSKU, że szefa nie ma i oddzwonimy jutro. Pomijam tych pedagogów, logopedów, absolwentów marketingu i zarządzania, politologów, historyków, kulturoznawców, którzy nie byli nawet w stanie złożyć własnoręcznego podpisu, gdyż wysyłają swoje CV seriami, nie wiedząc nawet do kogo i na jakie stanowisko aplikują. Żadna, literalnie żadna z aplikujących osób nie potrafi bezwzrokowo pisać na klawiaturze, często nie potrafi pracować na Excelu, za to zgodzi się na każde warunki, aby otrzymać wymarzony etat.

Za tym, przyznaję, sarkastycznym opisem częściowo kryje się moja diagnoza ostatnich wyborów, która pana Gowina i jego kolegów z zaprzyjaźnionej partii wyniosła na szczyty władzy. Frustracja pokolenia, które za czasów pierwszego rządu PO/PSL uczęszczało do podstawówki czy gimnazjum, a październiku 2015 było już po roku czy dwóch poszukiwania pracy „ w zawodzie” i nie miało wątpliwości, że wspaniałe polskie autostrady dla kogoś, kto nie jest w stanie uzyskać kredyt na auto, nie są pierwszym powodem do czucia się dumnym Polakiem.

Liberalna demokracja pozwoliła na zbudowanie alternatywnego systemu szkolnictwa wyższego, które oferuje dla każdego coś miłego i niewymagającego. Chcesz zostać politologiem? Zapłać czesne. Chcesz zostać antropologiem teatru i filmu? Zapłać czesne. Nie oszukujmy się, mechanizm jest taki sam, jak w budowaniu supermarketów. Im ich więcej, tym produkt jest tańszy i dostępniejszy.

Przed 1989 podjęcie decyzji o studiach mobilizowało całą rodzinę. Utrzymanie dziecka w obcym mieście, w akademiku czy stancji, to był wspólny wysiłek okupiony wielką finansową dyscypliną trwającą przez 4 czy 5 lat. W biedniutkim kraju jakim była socjalistyczna Polska rodzice i dzieci byli w stanie podejmować decyzje o wyuczeniu się zawodu i pójścia do pracy lub podjęcia studiów w sposób o wiele bardziej racjonalny niż decyzje rodziców w dzisiejszej Polsce. Ba, nawet decyzja o kontynuacji nauki w „ogólniaku” nie była tak oczywista jak dzisiaj.

System wymagających egzaminów wstępnych, także na kierunki humanistyczne, dawał uczelniom szanse, że na studia dostają się najlepsi i najambitniejsi.

Dyplomy części dzisiejszych szkół wyższych dają podobną satysfakcję jak zakupy w dyskontach. Są dostępne, niedaleko miejsca zamieszkania, zakupy są szybkie, sformatowane i względnie tanie. Z tym że , to co sprawdza się w handlu nie może sprawdzić się w akademickim reżimie zdobywania wiedzy. Ten proces musi być bolesny, tu nie ma mowy o żadnej przyjemności. Proces taki, co do zasady, eliminuje studentów, którzy wmawiali sobie, że ich pasją jest religioznawstwo lub retoryka stosowana i można się tego nauczyć bez trudu, pod warunkiem regularnego uiszczania czesnego. Już "odsiew" na egzaminach wstępnych mógłby pozwolić tysiącom kandydatów na podjęcie innej, o wiele racjonalniejszej decyzji mającej pozytywny wpływ na ich życie.

Jeśli uczelnie zaczną podnosić poprzeczkę wymagań zarówno w stosunku do własnej kadry naukowej jak i studentów, wtedy być może odzyskają swój skorodowany dzisiaj prestiż, a etos inteligenta, jakże potrzebny w dzisiejszych czasach, zacznie przyciągać młodych ludzi demonstrujących inne ambicje, niż tylko te, które pozwolą im na pracę w call center. I nigdy bym nie pomyślał, że w realizacji moich oczekiwań mógłbym się zgodzić nawet z wicepremierem rządu PiS.

Ale powiem Wam, w tej sprawie z diabłem bym się dogadał, a co dopiero z Gowinem.
Trwa ładowanie komentarzy...